|
Hetzer - "Fall of the Holy Cult"
(CD '09 / Dissonance Records)
Stosunkowo późno trafia do mnie najnowszy materiał HETZER, ale jak to się w takich przypadkach zwykło mówić: „lepiej późno, niż wcale”. Wyczekiwałem na ten materiał ze sporym zainteresowaniem, w końcu zarówno demo, jak i debiutancki album HETZER bardzo mi się podobały. „Fall of the Holy Cult” przykuwa wpierw swoją świetną okładką, na której demoniczne postacie rozrywają na strzępy przerażone ciało Dżizusa. Świetny obrazek! Niezwłocznie wkładam jednak CD to odtwarzacza, bo to muzyka ma być najważniejsza. I oczywiście, jak łatwo się domyślać, HETZER nie zawodzi mnie. Oczywiście, może to być wina mojego nie do końca obiektywnego podejścia do kapeli, bo zwyczajnie lubię chłopaków (choć nie znam ich osobiście, a jedynie czytałem z nimi wywiady), a przez to nie potrafię – choćbym i musiał – jakoś nadzwyczaj krytycznie spojrzeć na ich dokonania. A pewnie niejeden malkontent znajdzie tu kilka powodów do narzekań – bo zwyczajnie musi. A mnie ten dziki i nieokrzesany death / black metal się podoba i tyle. HETZER serwuje osiem piekielnych hymnów, które są wręcz nasączone okrucieństwem i wściekłością, bluźnierstwem i antychrześcijańskim jadem. Każdy następujący po sobie utwór sam Szatan chyba wypluwa z głośników, nie szczędząc przy tym batów bogobojnym sąsiadom, bo wszystkie one zagrane są w iście piekielnych tempach. Ściana dźwięków, jaka będzie wam towarzyszyć przez te nieco ponad 30 minut, to buldożer zagrany w tradycji starego dobrego ANGEL CORPSE (zarówno wokale, jak i ta przytłaczająca death / black’owa nawałnica, która zmiażdży wasze kości w kilka sekund), a do tego mająca w sobie co nieco z klimatu „Panzerdivision…” MARDUK, miejscami zaś okraszona jest chaotycznymi solówkami w… VADER’owskim stylu (choćby początek „Inquisition”!!!). Eh, jak macie ochotę na muzykę, która naprawdę przynosi ze sobą tony energii i amok, to „Fall of the Holy Cult” jest dla was. Oczywiście można by ponarzekać, że wszystkie utwory są zbyt do siebie podobne, że zagrane w tych samych tempach zlewają się właściwie w jeden cuchnący zezwłok. I jest w tym nieco racji, bo HETZER nie pierdoli się za bardzo z urozmaiceniem swojej muzyki, może nawet trochę szkoda, bo jakby wjebali tu np. powolny walec w stylu INCANTATION, to świetne by to pasowało do całości, ale tak nie jest, przez co można odnieść wrażenie, że słucha się w kółko jeden utwór na „repeat’cie”. Niemniej, uważam, że każdy z nich jest tu sobie równy - jako całość może są one nieco monotonne, ale z osobna każdy równie skutecznie potrafi przypierdolić solidnym, opętańczym death / black metalowym holokaustem. A ja na to, jak na lato. Tylko zimnego piwa dajcie.
|