|
Detritivore - "Pakt"
(CD '10 / Lyderhorn Records)
Kurczę, coś takiego jeszcze mi się chyba nie zdarzyło, aby zespół, którego materiał mam za zadanie zrecenzować, był tak anonimowy, że nawet słynna metal-archives nie zawierała o nim żadnych danych! Całe szczęście, że LYDERHORN Records przyszedł mi z pomocą i posłużył kilkoma notkami biograficznymi na temat istnienia kapeli – wiem, że powstała ona mniej więcej w 2008 roku, w Norwegii, ale jej członkowie pozostają anonimowi, nie wiadomo nawet, w jakim mieście działają. W swoim dorobku mieli wcześniej jedynie jakieś tam dwu utworowe demo, a teraz kolej na album „Pakt”, wydany w marcu 2010, na minimalistycznym digipacku, z bardzo intrygującą, diabelską oprawą graficzną. Dodam, że sam digi nie zawiera niemal żadnych info odnośnie kapeli. OK., co jednak serwuje nam DETRITIVORE muzycznie? Otóż, nie jest to black metal! Ha, sam miałem nadzieję na jakiś porządny kopniak w dupę w tym stylu, tymczasem otrzymałem 35 minut muzyki, jakiej bardzo rzadko kiedy zdarza mi się słuchać. Najprościej wydaje jest się przyrównać „Pakt” do SUNN0)))) i darować sobie całą resztę. Muzyka DETRITIVORE nie jest jednak wcale taka łatwa, zarówno do zaszufladkowania, jak i samego słuchania. Generalnie, to metalu jest tu tyle, co na lekarstwo. Niby tempo, jak już pojawi się jakiekolwiek „granie”, jest wolne, doom metalowe, posępne i strasznie dołujące, tyle, że DETRITIVORE używa metalowego instrumentarium rzadko i oszczędnie. Np. taki utwór, jak „Lutring” zawiera jakieś tam śladowe, lakoniczne riffy – czy raczej powolne uderzenia w struny, ale przede wszystkim większość kompozycji DETRITIVORE opiera na ambientalnych, kakofonicznych dźwiękach, momentami wręcz mając do czynienia z muzyką instrumentalną. To one wypełniają większość czasu trwania „Pakt”, to na nich oparty jest motyw każdego utworu, i to do nich momentami dołącza gitara, czy różnobarwny wokal. Co zatem z tego wszystkiego wychodzi? Muzyka bardzo dziwna, z pewnością niesamowicie mroczna i mająca niemal cechy opętania. Jest to materiał całkowicie pozbawiony jakichkolwiek śladów melodii, otuchy, czy zabawy, jaką generalnie muzyka powinna przynosić. Nie znajdziecie tu dźwięków, które włączycie sobie, jako tło, dla relaksacyjnego spożycia browara… Do kogo zatem skierowany jest „Pakt”? Z pewnością do maniaków drone / industrial / ambient / doom, do kogoś, kto lubuje się w poronionych, chorych, przytłaczających dźwiękach, które można kontemplować jedynie w nocy, ze słuchawkami na uszach. Mi osobiście podobne materiały zbytnio nie podchodzą, owszem, toleruję je, ale nie tego szukam w muzyce. Od takich zmechanizowanych dźwięków wolę porządny, metalowy
riff.
|