|
Neverborn - "Decimator"
(CD '10 / self-released)
Kłaniam się nisko. Zabiorę dzisiaj Was, drodzy państwo, w podróż do Australii, krainy kangurów i Aborygenów. Dacie wiarę, że na tym krańcu świata istnieje jakaś cywilizacja? Ba, co więcej
tubylcy grają nawet swój metal! W sumie nie powinno to nikogo dziwić. Wszakże nawet w naszym kraju można się doliczyć całych setek kapel uprawiających napierdol, toteż nie dziwota, że na takim wysuszonym skrawku lądu znaleźć można zapaleńców. Zatem butelka Fostersa w łapę, okulary przeciwsłoneczne na nos, piasek w zębach i ruszamy. Ktoś gdzieś napisał o Neverborn, że na co komu Meshuggah, skoro można zapodać (lepsze) granie owych Australijczyków. Cóż, ja bym się o tak odważne stwierdzenie nie pokusił. Ale w końcu każdy odbiera
sztukę subiektywnie, więc ja akurat nie mam z tym problemu, choćby i ktoś rzekł, że wyczuwa tu Dimmu Borgir i Cradle of Filth. Mi nic do tego. Jeśli chodzi o Meshuggah, to uważam, że bliżej do nich już naszemu polskiemu Maigra. Co persona, to odbiór. Na okładce wita nas krocząca, siejąca zniszczenie machina. Trochę taka tandeta, ale to tylko w końcu obrazek (tak, dostosowuję poglądy kierując się potrzebą chwili i przy innej okazji piałbym o tym, jak ważna jest okładka, hehe, ot, taki jestem). Płytka ląduje w paszczy wysłużonego Philipsa i zaczyna się ostra jazda. O, tak. Absolutna niespodzianka. Neverborn z miejsca uderza z ogromną siłą i zdmuchuje wszystko na swojej drodze, niczym owa machina z okładki. Może zatem to nie był taki durny pomysł... Twardo ciosane przez gitarzystów-kowali riffy szybko wbijają się w świadomość swoimi ostrymi, metalowymi szponami. Umysł mój świdruje skrzekliwy wokal. Wszystko to jeszcze doprawiają obecne w każdej kompozycji klawisze. Za te właśnie partie odpowiedzialny jest wokalista ekipy. Tutaj pojawia się mały zgrzyt. Czasami brzmią tandetnie i trochę psują odbiór. Z kolei fortepianowe dźwięki, notabene pojawiające się często, mocno windują doznania płynące z odsłuchu. Że tylko pozwolę sobie przywołać zamykający album Everyone Will Pay. Mroczna, powolna opowieść o długości niecałych 8 minut. Mrau. Utwory wyposażone zostały nie tylko w odpowiedni ciężar, ale także pewien poziom chwytliwości (choćby wspomnę tutaj o Seven Levels of Hate czy I Am The Cure - przewracają mi się po bańce od paru tygodni). Chłopki zgotowali garść dość ciekawych i rozbudowanych kawałków. Włożyli w to zapewne sporo pracy, która, mam nadzieję, się opłaci. Trochę rozgłosu na pewno się przyda. To już trzeci album i aż dziw, że nie został wydany przez jakąś większą figurę metalowego światka. Decimator ma wszystko, czego potrzeba, by trafić pod skrzydła któregoś z większych graczy. Dobre brzmienie, pomysły i... po prostu mocne, zacne, dające radę komposy. Neverborn to kapela z charakterem i chociażby dlatego warto obczaić co też oni tu zmajstrowali. Godne polecenia i wbicia się na koncert gdy tylko takowa okazja się nadarzy. Muzyka ewidentnie z jajem, a nie grana bez większego pomysłu, od niechcenia i bez krztyny pasji. Ja sobie odpalę jeszcze raz Seven Levels of Hate i żegnam na odchodne bańkując zawzięcie.
|