|
Munruthel - "Oriana's Tales"
(CD '09 / Gardarika Musikk)
Ukraiński projekt MUNRUTHEL, to już niemłody twór, który debiutował jeszcze w 1995 roku. W 1999 roku wydane zostały „Oriyanskiye Skazan'ya”, album, który w dziesięć lat po swojej premierze doczekał się reedycji z „podrasowaną” oprawą graficzną. Bez odsłuchu można spodziewać się dawki jakiegoś pogańskiego plugastwa i plucia krwią, ale zaskoczenie jest niemałe gdy wybrzmią pierwsze dźwięki „Mother Moon”. Oto nadzieja na rzeź i słowiańską ofiarę zamienia się w dłuższe „pseudotolkienowskie” pierdolenie i zabawy w czarodziejów z długimi, ekhm... brodami. Dzwoneczki w numerze „Nav’ Procession” to gwarantowana kurwica! Ale żeby tego było mało, krok dalej jest jakieś popierdzielone, choć ciekawe „Overlimiting Chambers Of Kromeshniks” – nie pasuje do konwencji tej płyty, ale intryguje na tyle, że można wytrzymać te pięć minut. I potem znów słuchacz zostaje rzucony w inny klimat, jedyny łącznik to napierdalające unisono ropuchy, które jeszcze intensywniej przenoszą nas do krainy smutnych elfów... Niedorosłe pieprzenie przerywa „Brilliance Of The Thundering Swords”, w końcu jakiś riff, jakiś klimat wczesnego blacku lat 90-tych. Niestety, frajdy więcej nie będzie, bo MUNRUTHEL kontynuuje penetrację Tolkiena, folku i innych Żwirków i Muchomorków. Szkoda, gdyż zdecydowanie nie brak tu ciekawych melodii, ale niezdecydowanie, w którym kierunku muzycznym podążać, jaką ścieżką, powoduje, że ciężko się to w całości odbiera. Ni to BURZUM, ni to INFAMIS, nie jest to też ścieżka do Final Fantasy IV. Klimatycznie niby ok., ale czegoś nieustannie brakuje. Chyba przysłowiowego „pierdolnięcia”, dynamiki, życia... Zamiast tego mamy sporo wzdychania do elfów i duszków leśnych, mimo iż na zdjęciu koleś pluje ogniem na krzyż z kości... Nie wiem jak to się ma do „Oriana’s Tales”, ale generalnie nie pomaga to całemu albumowi. Brak spójności i konkretnej osi to główne zarzuty. Motywy wykorzystywane są przewidywalne, nieco infantylne, jak na pierwszej płycie projektu SERPENTORIA, choć nie w każdym utworze będzie to zarzut. Tu jest bardzo kolorowo, kurwa wręcz tęczowo momentami... Najbardziej wkurwiają te wszystkie ptaszki i żabki, które za bardzo odwracają uwagę od linii melodycznej. A ta, gdyby była urozmaicona nieco bardziej ekstrawaganckimi podziałami mogłaby faktycznie zapisać się w naszej pamięci. Zważywszy na fakt, że jest to reedycja radzę potraktować to jako ciekawostkę i swoistego rodzaju odskocznie od zachodnioeuropejskiego ambientu. Na zakończenie pozostaje tylko dodać, że piętnastym trackiem na tej trwającej ponad godzinę płycie jest utwór „Hyperborea” – singiel z 2008 roku. Wielkich zmian w stosunku do napisanego 9 lat wcześniej materiału z „Oriana’s Tales” nie słychać, ale dla kolekcjonerów czy fanów będzie to nie lada gratka. Reszta, raczej powinna skupić się na czymś innym.
|