|
Fifty Foot Woman - "Fifty Foot Woman"
(CD '10 / self-released)
Niezwykle mi miło, że w Polsce coraz więcej pojawia się stonerowych kapel. Tym razem w imadło wziąłem debiutancką płytkę Fifty Foot Woman. Czterech Panów z Lublina się skrzyknęło, założyło kapelę, wypluło demko, a niedługo po nim porządny i zamiatający pełny album. Trochę talentu wystarczy, by dobitnie udowodnić, że nawet dość nieskomplikowana muza może brzmieć ciekawie i intrygująco. A przede wszystkim być cholernie rozluźniająca. Fifty Foot Woman to radosne i pełne energii granie, jakiego ze świecą można szukać. Ten klimacik bijący z ciężkich, wolnych dźwięków udzilił mi się od razu. Rozwaliłem się wygodnie na ławeczce, i patrząc na Wisłę po prostu cieszyłem się tym kawałem dobrej, pozytwnie wpływającej na samopoczucie muzy. Bo jak tu nie ucieszyć michy już chociażby na samym początku przy intrze, które ładnie przechodzi w porządnie bujającego Hitchhikera. Po nim uderza singlowy The Wall, a zaraz za nim równie mocno daje radę Dance Like Jesters. Nawet taki drobniutki Bass Hump ma swój niezaprzeczalny urok. I jeszcze ten instrumentalny, atakujący na samym końcu, najdłuższy na całej płycie, bo aż siedmiominutowy, Sand Witch... Słowianie pokazują, że w stonerowym łomocie ani trochę nie ustępują Amerykanom. Co by sobie ponarzekać to dodam jedynie, że okładka, choć niezła, to jednak nie jest tak przyjemna dla oka jak ta z demka. Można też się czepnąć ceny. 25 złociszy jak na self release to niemało, a że da się samemu ładnie wydać swój materiał i wołać za niego dużo mniej, udowodniono już niejednokrotnie. Ale to w sumie drobny detal. Tyle jeśli chodzi o słabsze strony, hehe. Jeśli ktoś szuka czegoś mniej wymagającego, przyjemnego w odbiorze i po prostu dającego sporo radochy z odsłuchu - polecam jak najbardziej. Na pewno jest to jeden z ciekawszych zespołów w naszym kraju. Słuchając ich jestem daleki od zastanawiania się nad kondycją polskiej sceny ciężkiego grania, bo tacy jak oni zwyczajnie nie dają ku temu powodów.
|