|
Keep Of Kalessin - "Reptilian"
(CD '10 / Nuclear Blast)
Chwilę się zastanawiałem, czy jest w ogóle sens w tym, aby recenzować najnowszy album tak mainstream’owego zespołu, jak KEEP OF KALESSIN. W końcu promuje się on raczej w dużych magazynach, do nas promówki nie podesłał, ale jednak jest wiele kwestii, jakie dotyczą tej płyty i samej kapeli, o jakich chciałbym napisać, więc oto recenzja. Zacznę może od tego, że znam muzykę KEEP OF KALESSIN już długo, właściwie od samego początku, tj. od momentu, gdy wydali oni swój pierwszy album – kurde, to już ponad 10 lat minęło! Największe wrażenie zrobił jednak na mnie CD numer dwa – „Agnen”, którego (wtedy jeszcze) kaseta jak pamięć mnie nie myli dłuuuugggoooo nie wychodziła z mojego magnetofonu (to coś takiego, co gra muzykę z kaset – to do młodych, co nie wiedzą he, he). Bogate aranżacje, intensywność muzyki, jej agresywność mocno odbiła się na moich uszach. Kolejny tytuł, miniCD „Reclaim” jeszcze to przebił! Piekielny skład w tym okresie (Frost, Attila!!!) i zabójcza muzyka sprawiły, iż KEEP OF KALESSIN na zawsze wszedł w poczet moich ulubionych kapel z Norwegii. Powoli przechodzimy do ówczesnych czasów… A tutaj już jest nieco gorzej. O ile jeszcze „Armada” była OK., tak już „Kolossus”, szumnie zapowiadany, jako najbardziej epicki i bombastyczny CD w dyskografii kapeli, zwyczajnie mnie zawiódł. Ostatnie doniesienia z obozu KEEP OF KALESSIN – o ich udziale w eliminacjach do Eurowizji w Norwegii i coraz bardziej komercyjnym podejściu muzyków – zupełnie już chyba wypruły mnie z wszelkich uczuć sympatii dla nich i sprawiły, że w ogóle nie planowałem większego zainteresowania się „Reptilian”. Tymczasem okazało się, że najlepiej jest zawsze wpierw skonfrontować swoje wrażenia i posłuchać albumu, niż od razu się do niego uprzedzać. Zaczęło się, przyznam, od posłuchania mp3 – bo mimo iż mam wcześniejsze płyty na oryginalnych CDs, tak tego nie miałem już zamiaru kupować. I jak szybko posłuchałem mp3, tak szybko zakupiłem oryginał. Bo okazało się, że KEEP OF KALESSIN popełnił świetny album! Komercyjny, owszem. Mocno nastawiony na mainstream, na wysoki kunszt kompozytorski, momentami ocierający się o tzw. Hollywood metal, ale jednak zajebisty album. KEEP OF KALESSIN idealnie moim zdaniem połączył tu wszystkie rzeczy, z których wcześniej był najbardziej znany i je jeszcze uwydatnił – melodie są lepsze, fragmenty epickie bardziej podniosłe, a black metalowe jeszcze szybsze i bardziej agresywne. A do tego wszystkiego całość jest piekielnie wciągająca i chwytliwa; nawet wokale Thebona są o piekło lepsze, jak na „Kolossus”!!!!!!! Zacznijmy zatem od początku. „Dragon Iconography” to szybki i mocny metalowy początek; utwór miażdży wściekłymi zagrywkami i piekielną intensywnością, od której wszystkim się włosy poplączą na koncertach. Do tego momentami wokale brzmią, jakby sam Attila tu zaśpiewał (a przecież już kiedyś w KEEP OF KALESSIN wył). Zajebisty utwór; na dodatek ma świetny refren! Kolejny „The Awakening” to dopiero cios. Trwa on ponad 8 minut i to pierwszy epicki ślad na „Reptilian”. Tu po raz pierwszy usłyszycie chóralny refren i kilka totalnie wciągających partii. W ogóle to utwór ten jest świetnie skomponowany i zaaranżowany, nie odstając od poziomu tych wielkich, jak DIMMU BORGIR. Poza tym fajnie łączą się tu zupełnie skrajne rodzaje grania – jest szybko i ekstremalnie, jak i momentami wręcz pięknie he, he; a aranżacje wokali w tym utworze są doprawdy rewelacyjne. „Judgement” zaczyna się znowu piekielnie, wstęp zagrany jest w maksymalnie szybszych black metalowych tempach, nie zwalnia nawet na chwilę, dopiero potem wchodzi do głosu bardziej komercyjna twarz KEEP OF KALESSIN, wraz ze śpiewnym refrenem i tą ich wszędobylską, mocną melodią. Dalej jest „The Dragontower”. To ten właśnie utwór, z jakim KEEP OF KALESSIN startował do Eurowizji – zbiera on totalne baty, Internet aż huczy od przekleństw nad okropnością tego kawałka. Co ja o nim myślę? Jest to chyba najspokojniejszy, najmniej agresywny kawałek, ale jednak ma on coś takiego, co totalnie mi w nim nie przeszkadza. Być może jest to fakt, iż ma zwyczajnie cholernie dobre, proste, ale maksymalnie chwytliwe, jakby orientalne riffy, a jego, podniosły refren można sobie pośpiewać przy goleniu?? Może być i tyle; mi ten utwór nie przeszkadza, a ponad to wyobrażam sobie, jakie spustoszenie to by zrobiło na tym festiwalu kiczu he, he. „Leaving the Mortal Flesh” to znowu przebudzenie i totalne przyspieszenie. Utwór ten właściwie od samego początku rusza do przodu i wcale nie zamierza zwalniać, siejąc spustoszenie jakby kolesie byli w amoku – to na pewno najbardziej black metalowy moment całej płyty i jej najwścieklejsze riffy. Dalej mamy moich dwóch totalnych faworytów – dwa kawałki, które totalnie mnie miażdżą i które są zdecydowanie najlepszymi fragmentami całego „Reptilian”. Pierwszy, to „Dark as Moonlight Night” – kocham ten numer! Jest bardzo bombastyczny, jego refren to mistrzostwo świata i zdecydowanie najlepsza melodia z całej płyty, pięknie zaśpiewana przez chór (komputer???). Wspaniale to wszystko brzmi i szczerze, to aż mnie ciary przechodzą, jak tylko to słyszę. „The Divine Land” dla odmiany jest piekielnie szybki i gniewny, pędzi jak szalony hipopotam i miażdży wszystko na swojej drodze. Na dodatek partie wokali w tym utworze to istne mistrzostwo świata – nie spodziewałem się tak zajebistej roboty po Thebonie, chylę zatem czoło, bo koleś jest tu świetny, kapitalnie łącząc czyste wokale z chrapliwym, black’owym skrzekiem – efekt jest wręcz rozpierdalający i cóż... Być może to najlepszy w ogóle kawałek, jaki zdarzyło się tym kolesiom stworzyć. ARRGHHHHHHHHH!!!! Na koniec jeszcze mamy tasiemca – 14 minutowy epik „Reptilian Majesty”. Właściwie, to na koniec łączy się wszystko w jedno – każdy element składowy płyty pojawia się tu znowu, przeplatając się i tworząc długie, epickie zakończenie, pełne jednak szybkiego, okrutnego grzania. Jest tu nawet ambientalny fragment, więc generalnie „…Majesty” to godny finał. Finał, dodam, zajebistej płyty. Tak… Hmm, jakbym miał podsumować, to napisałbym, że strach był, a okazało się, że KEEP OF KALESSIN popełnił wspaniały album. Jest on niczym soundtrack do filmu fantasy, typu „Conan” – na maksa epicki, wciągający, pełen pięknych melodii, ale i agresywnego, wściekłego grania. Wrażeń tu co niemiara i bez dwóch zdań, jeden z faworytów do płyty roku. Pierdolić zatem wszystko, zwłaszcza opinie internetowych małolatów – cieszę się, że to kupiłem i że Norwegowie odrobili straty po „Kolossus”. Spadam i idę posłuchać „Reptiliana” po raz 79.
|