|
Buckaduzz - "The Big Slow"
(CD '10 / self-released)
Marzec tego roku rozpoczął się nadzwyczaj ciekawie dla metalowego podziemia za sprawą premiery pierwszego wydawnictwa norweskiej ekipy Buckaduzz. Paru zdolniachów z tejże mroźnej krainy zapodało tak rozgrzewające szlagiery, że są w stanie stopić nawet największe śniegi! Gdzie oni się uchowali tyle czasu? Zaprawdę, takiego poziomu nie powstydziłaby się żadna znana trupa muzyczna. Otrzymujemy 22 minuty mocarnego doom\stonera o morskiej tematyce na co wskazuje już chociażby sama okładka. Niby tylko "sidierek" z nadrukiem produkcji własnej, ale to, co na nim się znajduje przechodzi oczekiwania. Bez ceregieli dostajemy łomot na starcie. Aquanaut wchodzi ostro z buta,
miażdży ciężkim brzmieniem gitar i samym riffem. Wokal jest jakby trochę schowany, ale może taka była koncepcja całości, łykam wszakże EPkę niczym młody pelikan, bez najmniejszego narzekania. W środku pierwszego
track'u uraczeni jesteśmy fajnie wkomponowanym lżejszym fragmentem, po nim natomiast powraca zamiatająca zagrywka z początku.
Poziomem nie odstaje odrobinę krótszy Gunslinger, a na koniec uderza długi i ani przez chwilę nie
nużący King Crab (nie "crap" - ważne!), co jest istotne przy dłuższych kompozycjach. Nie stawia już tak mocno na napierdziel, a bardziej czaruje przyjemnym klimatem, przewija się niespiesznie. Głównie plumka, trochę wysprzęgla, trzyma fason aż do samego końca. Właśnie, końca. Damn, te trzy pieśni pozostawiają spory niedosyt! Łodafak, ja się pytam!? Tak krótko? Wielce wskazane jest wypuszczenie długograja i oby dwa razy dłuższego. Co mi po połowie schabowego, jak ja chce wsunąć całego, najlepiej wielkości
talerza. Nic to jednak, udane granie nie zając, napić się musi... Czy jak to tam leciało. Za kawał bardzo dobrej muzy oprawionej porządnym brzmieniem ósemeczka jak się patrzy. Jeszcze będzie z nich znany w świecie band. Należy im się.
|