|
Fuck The Facts - "Unnamed"
(CD '10 / self-released)
Fuck the Facts byli dla mnie znani jedynie z nazwy (i z faktu, że są na dziesiątkach splitów) do czasu aż skontaktował się ze mną Marc, ichniejszy basista. Uczynił to przy okazji trasy jaką odbyli w tym roku (zawitali także u nas) i zapytał czy nie zechciałbym napisać kilku zdań o ich nowej EPce. Jako że istota ze mnie na propozycje otwarta, zgodziłem się. Takie są fakty. Wielce jeno szkoda, że cały materiał to sześć krótkich kawałków, z czego cztery są nowe. Trudno jakoś nawet wystawić jakąkolwiek ocenę w oparciu o 11 minut młócki. Przyznaję jednak, ta jest niczego sobie.
Poprzyklejano im tyle metek, że przytoczę jedynie dwie: grind i metalcore. Niechaj nie zmyli was ta druga, bo w Fuck the Facts nie ma nic z pięknych, młodych chłopców grających ładne melodie i śpiewających o miłości. I choć chłopcy są w zespole, to znalazło się miejsce dla jednej panny.
Blond włosa Mel może i nie jest szczególnie urodziwa, ale nic to (bo przecież to nie konkurs na miss), gardła bowiem dziołcha nie szczędzi. Rrrroarrr! Ryki kobiet brzmią dość charakterystycznie, ale nigdy nie miałem nic przeciwko nim. Muzyka FtF wprawdzie szczególnie przystępna nie jest, ale parę ciekawych riffów zapadło mi w pamięć i chociażby dla nich powróciłem do tego drobnego materiału kilkakrotnie. Pewien motyw z La Tete Hors De L'eau absolutnie wykręca suty i miętosi koszulę! Niby drobnostka, ale wbiła mi się w czachę konkretnie. Albo ta chwilowa zmiana klimatu w Loss Upon Loss, który rusza ostro z buta by dosłownie po chwili wprowadzić mały zamęt na kilka sekund i powrócić do tego, co rozpoczął. No i zacny Time is a Dictator, który daje chwilę na złapanie oddechu budując cały utworek na plumkaniu i monologu przewijającym się w tle. Jest nieźle, to fakt. Ogólnie oceniam te kilka chwil muzyki zawarte na Unnamed EP pozytywnie i chciałbym zmierzyć się z jakimś nowym, dłuższym materiałem. A takowy może przyszłość przyniesie, jak ekipa wreszcie skończy koncertować gdzie się tylko
da;)
|