|
Banisher - "Slaughterhouse"
(CD '09 / HeadXplode Records)
Longplay Banishera to dla mnie mega niespodzianka roku 2010. Moją uwagę zwrócili już za sprawą demka, które kilka dobrych lat temu nagrali będąc jeszcze w wieku okołomaturalnym. Niejeden, łącznie ze mną, był wtedy pod wrażeniem tego, jak sprawnie chłopaki napieprzają w tak młodym wieku. Potem były jeszcze dwa inne kawałki (notabene zawarte także na tym wydawnictwie) i wielkie nic. Aż do dzisiaj, kiedy to podrzucili mi Slaughterhouse. Pół godziny popieprzonego death metalu z miejsca wrzuca banana na twarz. Ten pojawił się także z innego powodu, ale o tym na koniec. Znalazł się również wydawca. Ruski wprawdzie, co trochę dziwi, bo tak zacną płytkę nasi winni chcieć wydać bez zająknięcia, choćby i to miało być 500 sztuk. Mają przynajmniej na razie pewien komfort, bo podpisany kontrakt zapewnia wydanie dwóch krążków. Najwyraźniej spodobali się na wschodzie, co wcale nie dziwi. Slaughterhouse ma wszystko, czego potrzeba. Mocny, dobrze zagrany kawał muzy. W dodatku nieźle kopnięty. Wystarczy chociażby posłuchać wokali. Zabaw głosem i generowania różnych dźwięków wydobywających się z gardzieli nie brakuje (bekanie czy piardy albo smarkanie included) Osobiście odczuwam tu nutę progresywności, eksperymentowania, zdarzały mi się podczas słuchania luźne skojarzenia z innymi kapelami, może jest w tym coś z Decapitated albo Gorguts, a ile w tym słuszności, sami ocenicie. Nie potrzebowałem wiele by zarazić się tą osobliwą atmosferą. Zmiany personalne jakie przyniósł 2009 rok na pewno nie zaszkodziły Banisherowi. W ogóle od pierwszego dema skład wymienił się niemal całkowicie. Goście tak czy siak są zdrowo rypnięci, co przekłada się na ich muzykę w bardzo dużym stopniu. Chory klimacik wylewa się z głośników od początku, aż do końca płyty. Słuchając takiego Brutal Vasectomy z jednej strony ciężko nie bańkować, a z drugiej aż mnie jaja zabolały na sam dźwięk charczanego w trakcie szlagieru wersu "This is brutal vasectomy". Goście są na tyle nieobliczalni, że bez ogródek zaserwowali na koniec motyw z nieśmiertelnego Mario, a jako że zapalony ze mnie konsolowiec, to morda się z miejsca ucieszyła. I następnym razem poproszę coś z Mega Mana, co by pozostać w podobnym klimacie, hehe. Dawka pokręconego, brutalnego, szalonego grania to było to, czego potrzebowałem i dostałem. Banisher akuratnie wpasował się w moją aktualną potrzebę. Za to biję głęboki pokłon i polecam samemu obadać kiedy Slaughterhouse trafi już do obiegu.
|