|
The Devil White - "Silent Dance With Death"
(CD '09 / self-released)
Czego można spodziewać się po kapeli, dla której główną inspiracją były takie grupy jak At The Gates, Carcass, Opeth czy Led
Zeppelin? Odpowiedź jest prostsza niż Wam się wydaje! Otóż wszystkiego! Australijczycy z The Devil White postawili wszystko na jedną kartę i nagrali płytę, która powinna się spodobać, np. mnie, bo wszystkie wymienione w czołówce nazwy są mi w pewien sposób bliskie. Jak to jednak wypada w praktyce? Dużo o całości powie nam już pierwszy pełnoprawny, dziesięciominutowy olbrzym, w którym dostaniecie po trochu każdego ze wspomnianych składników. Słucham i tak naprawdę dalej nie wierzę, że takie połączenie może być urzeczywistnione! A jednak, The Devil White nie dają za wygraną i wbrew moim przypuszczeniom, nie wykładają się
już na samym początku. A ten z kolei przynosi zaskakujące intro w postaci utworu tytułowego. Kawałka, który spokojnie mógłby znaleźć się na płycie popularnych w latach
siedemdziesiątych America albo bluesrockowego Ten Years After. Dalej niestety te psychodeliczne naleciałości schodzą na dalszy plan, a szkoda, bo na dłuższą metę mogłoby to być bardzo oryginalne rozwiązanie. "Silent Dance With Death" jest jednak album wciąż wyjątkowym, choć jego klimat może przytłoczyć nieobytych z tak odmiennymi dźwiękami. Ciężko czasami się w tym wszystkim połapać. Zadania nie ułatwia też kolejny na liście "Bring Me Death" - dynamiczny thrash/death metalowy utwór o nowoczesnym (czyt. matematycznym) aranżu i nieco już przestarzałej realizacji. Ale wszystko to razem wzięte ma swój niepowtarzalny urok. I tak nam się ta płyta kręci, zmieniając raz po raz swój klimat, także każdy, kto ma uczulenie na żonglerkę gatunkami, może sobie ten krążek odpuścić. Podobnie wszyscy miłośnicy albumów perfekcyjnie nagranych, zrealizowanych bez żadnych potknięć czy spadków formy. The Devil White brzmią bowiem jakby album rejestrowali na "setkę" - nie straszne im przypadkowe fałsze czy też nie do końca udane solówki. Ale jak już wspominałem, płyta nie jest dla każdego. Najważniejsze jednak, że utwory nie nudzą. Ba! Wielokrotnie nawet zaskakują. Tak jest we flagowym "Cold Dark Betrayal" - tutaj aranżacyjna niespodzianka czyha na każdym kroku, widać, że się do niego przyłożyli. Ale dla przeciwwagi mamy coś takiego jak instrumentalny "Cannibal Holocaust" będący wypadkową akustycznego oblicza Opeth i... flamenco. I co Wy na to? Pracę wokalisty, formalnie związanego również z melodic death metalowym Pathogen, można podzielić na dwie charakterystyczne części. Pierwsza to czysty wokal będący oczywistym, choć mocno niedopracowanym nawiązaniem do niepowtarzalnej przecież barwy Akerfeldta. Druga to ta skrzekliwa maniera, do jakiej przyzwyczaił nas Tomas Lindberg na płytach At The Gates. Album ten definitywnie powstał z pasji do muzyki i nieważne czy ją nazwiecie metalem czy rockiem, to wciąż czysta zabawa. Im nie zależy na tłumach pod sceną czy kolejkach przed empikami - liczy się tylko muzyka! Końcówka albumu to już jeden wielki akustyczny eksperyment - napięcie słabnie a mocne riffy wraz z wrzeszczącym wokalem ustępują miejsca lekko brzdękającej gitarce czy
wprowadzającemu dramaturgię fortepianowi... Płyta na pewno będzie ciężka do zdobycia w Polsce, zespół pochodzi bowiem z Australii i póki co nie ma wytwórni.
Prawdopodobnie wraz drugim albumem wylądują w Prime Cuts, ale oni też nie mają
dystrybutora na Polskę. Choćbyście z braku innego wyjścia mieli ją ściągnąć z netu, nie wahajcie się! Jeżeli tylko zainteresowała Was moja opinia, będziecie mogli na
własną rękę poznać "Silent Dance With Death". A jest co odkrywać!
I jeszcze takie drobne spostrzeżenie dotyczące okładki - czy tylko
mnie ona się kojarzy z debiutem Mortis Dei?;)
|