|
The Thorn - "The Thorn"
(CD-R '05 / promo)
The Thorn (dawniej Thorn) kojarzę dobrze z ich ostatniego,
wielce treściwego
i soczystego materiału "Whenever", a jeszcze dokładniej z zamieszczonej tam
brawurowej interpretacji głównego motywu z popularnego niegdyś serialu "Czarne Chmury". Pamiętam jak wałkowałem ten numer przez dobre kilkanaście minut, więc siłą rzeczy utrwalił mi się obraz kapeli mającej predyspozycje do tworzenia czegoś nietypowego i odważnego. Wówczas miałem nieodparte wrażenie, że starają się nawiązać momentami nawet i do odrobinę core'owego Machine Head (sześciominutowy kolos "Lost Beauty"). Od tamtego momentu minęły już ponad cztery lata
i The Thorn uderza ponownie, tym razem z mocno okrojonym (do czterech numerów) promocyjnym materiałem. Ale za to jakim - niejednorodnym, urozmaiconym, będącym hybrydą nowoczesnego i klasycznego thrash metalu. W zasadzie wiele się od "Whenever" nie zmieniło, nadal wyczuwalna jest ta rozpierająca ich energia, ponownie słuchamy rozbrajających solówek, ale tym razem jakby poziom techniczności materiału nie był już tak
dominujący. Zdaje się, że panowie postawili na prostsze i dosadniejsze granie, a kosmetyczna zmiana szyldu podobnie jak sama muzyka rewolucji nie zwiastuje. Można powiedzieć, że technika i polot dawkowane są w podobnych ilościach, a na dodatek zespół nie wypiera się także inspiracji nurtem melodyjnego death/thrash metalu ("Typical"). Myślę, że śmiało można ich postawić na równi z pozostałymi zespołami wywodzącymi się z podobnych środowisk muzycznych
- mam tu na myśli Mess Age, Demise, a także ostatnią rewelację Totem.
The Thorn pod względem muzycznym nie odbiega tak znacząco poziomem (a
już na pewno pomysłami!) od tych bardziej znanych i pozostaje już tylko czekać na moment, aż dołączą do tej ogólnopolskiej czołówki. Zanim to się jednak stanie należałoby wyciągnąć więcej z brzmienia tego albumu, bo momentami odgłosy
bębnów kojarzą się z kartonowymi pudłami a wokalista, pomimo że operuje szeroką skalą i momentami intryguje swoimi pomysłami (pod tym względem przoduje killerski "Face The Liar") jest mało wyraźny. Kmiołek zarzucił sieci i wyłapał Demise, Wardzała
się waha mrugając zalotnie w kierunku Totem, a Mess Age należy jeszcze pod katowickiego
molocha... Czy więc znajdzie się chętny na poszerzenie katalogu o The
Thorn? Czas pokaże, a póki co warto zwrócić na nich uwagę - nie przejedziecie się!
|