|
Virgin Snatch - "Art of Lying"
(CD '05 / Mystic Production)
Nie wiem jak wiele osób czekało na nowy album VIRGIN SNATCH, ale ja po debiutanckiej "S.U.C.K." nie za bardzo. To była, owszem, solidna płyta nagrana przez zaprawionych w bojach muzykantów, choć w dużej mierze każdy dostrzegał w składzie głównie Titusa z ACID DRINKERS i Jacka Hiro z SCEPTIC, a zawartość odsunięto gdzieś na bok. Inna rzecz, że poza kilkoma naprawdę niezłymi numerami reszta nie przykuwała w ogóle uwagi. Dlatego tym bardziej miło mi napisać, że drugi krążek VIRGIN SNATCH zdecydowanie przebija poprzedniczkę, przy tym jednak wzbudza dość mieszane wrażenia. Oto bowiem Zielony, Grysik, Hiro, Titus i Jacko rzucili się na szerokie wody thrash metalu w amerykańskim stylu. A dokładniej rzecz biorąc, już pierwsze takty otwierającego "Art of Lying" numeru "Deprived of Dignity", a w szczególności wokale nasuwają na myśl tylko jedną nazwę: TESTAMENT. Po części tego z okresu "New Order" i "Practice What You Preach", ale bardziej z "Low" i "Demonic". Zasługa w tym głównie wokali Zielonego, które specyficznie akcentują poszczególne zgłoski (tak jak to robi Chuck Billy), a przy tym często i gęsto przeistaczają się w growling. Zresztą tego typu wokale przeważają na "Art of Lying", co może być zabiegiem czysto koniunkturalnym, bo Polska jest takim krajem, że metalowcy preferują ryki, bulgoty i wrzaski od czystych zaśpiewów, hehe. Chociaż trzeba odnotować, że ten element w VIRGIN SNATCH wypadł bardzo dobrze, mimo że do popisów gitarmenów, Grysika i Hiro Zielonemu daleko, bo ci naprawdę pokazali jak bogaty jest ich warsztat i popisali się naprawdę sporą ilością frapujących pomysłów. Wracając jeszcze do Zielonego, to obok growli i energetycznych wokaliz w jednym numerze pokazuje, że umie też zaśpiewać. To najspokojniejszy fragment albumu ukryty pod tytułem "Trust", ale i tu swoje "trzy grosze" wrzucili gitarzyści. Także sekcja rytmiczna z Titusem i Jacko prezentuje się od dobrej strony, jednak pozostaje jakoby w cieniu pozostałych trzech muzyków VIRGIN SNATCH. Dużą rolę w osiągnięciu świetnego brzmienia odegrało jak zawsze niezawodne białostockie studio Hertz. Słowo jeszcze o samej muzie. Gro utworów jest utrzymanych w średnich tempach, z mocnymi leadami gitarowymi i masą solówek różnej maści. Może to taki thrashmetalowy szablon, ale naprawdę wyśmienicie zrobiony. Bardziej rozbudowane kawałki to wspomniany już "Trust" i mocny numer tytułowy, który obok "Deprived of Dignity" i "Paranoia" podoba mi się najbardziej. Jestem przekonany, że w kategorii thrash metalu w naszym kraju w tym roku nie mają sobie równych, a dla fanów TESTAMENT niech będzie to album, który pocieszy i skróci czas oczekiwania na nowe dzieło ich ulubieńców. I jeszcze jedna uwaga: z treści powyższej recenzji wynika, że VIRGIN SNATCH stał się klonem zespołu dowodzonego przez Chucka Billy. Otóż nie, oni poszli tylko tropem tego zespołu, a resztę wymyślili już w pełni samemu.
|